filozoficzno-refleksyjno-inspirująca notencja z dedykacją
listopad 2, 2008
Jako że dawno nic mnie nie wkurwiało…
NOT.
Bo ja się często denerwuję, tylko zbyt często o tym tu nie piszę. A jako że niedawno było Halloween, to warto by to zmienić. Bo wkurwia mnie, jak se teraz wejdę na grono i przewijam te nowe zdjęcia “znajomych” i każdy umalowany niczym goth-transwestyta i że niby to krew jest i się tak świetnie wszyscy bawili och ach. Jak się chciało najebać, to i można było bez tego, oszczędziłoby się przynajmniej wszystkim zbytniego przewijania bezsensownych i powtarzających się zdjęć.
Czy ktoś kiedyś umarł na katar? Nie? To ja będę zaraz kurwa pierwsza.
Nothing is as perfect as you can imagine it. A Chuck Palahniuk to jest wspaniały i TAK, jest to właśnie część filozoficzno-refleksyjna tej notki.
Częścią inspirującą jest natomiast to, że zauważyłam, że dla konieczności wystąpienia pewnych zdarzeń konieczne są określone okoliczności. Życie mnie tak zainspirowało, choć nie do końca odbieram to pozytywnie, ale po co mam wyjaśniać, bo przecież fajnie jest tak czasem zamieścić jakieś kompletnie wyrwane z kontekstu zdanie, które potem ktokolwiek może sobie do czegokolwiek dopasować, jak choćby do niefortunnego jedzenia kebaba w metrze kończącego się ubrudzeniem nowego płaszcza sosem.
Taki tam przykład, kompletnie NIE Z AUTOPSJI, żeby nie było.
Część dedykacyjna: Cześć Marcin
i’ll call it a lesson learned.
luty 29, 2008
Byłam dziś w bibliotece i wypożyczyłam książkę, która okazała się być zbiorem opowiadań. Ostatnio ciągle trafiam na książki, które okazują się być zbiorem opowiadań, a ja naprawdę potrzebuję powieści. Tak jak w moim życiu, pełnym epizodów, podczas gdy ja szukam ciągłości.
“Nie warto marnować czasu na pojedyncze epizody, gdyż mogą nam zepsuć całość ukochanego filmu.”
Mogłam to trochę przeinaczyć, ale jest to zdecydowanie jedna z najśliczniejszych rzeczy, jaką ktokolwiek mi kiedykolwiek powiedział. I pewnie się zresztą wtedy popłakałam.
A co do tej książki, to zaczyna się 56 stronami z dziennika Sylvii Plath, więc wspaniale.
Czyli nawet opowiadania potrafią czasem mile zaskoczyć
Poza tym, w końcu to Sylvia Plath. Naprawdę, jak czytam to, to wydaje mi się, że dokładnie tak samo myślę. Jej niektóre spostrzeżenia jednak wybiegają poza ramy moich codziennych rozważań, zatem myślę, że w końcu i do takich wniosków też dojdę, jeśli się tylko zastanowię nad nienaruszonymi wcześniej falami mojej wyobraźni rzeczami. Haha. Boję się tylko, że aż za bardzo odnajdę siebie w jej książkach, a raczej biografiach, bo to by się bardzo źle skończyło.
O, a ona też uważa, że za bardzo identyfikuje się z tym, co czyta
Co jakiś czas przychodzi taka chwila, kiedy neutralne i z nikim niezwiązane moce tego świata jednoczą się i z hukiem zsyłają na nas wyrok. Nie istnieje żadna przyczyna tej nagłej opresji, tego potępienia, lecz wszystkie okoliczności zewnętrzne odzwierciedlają wewnętrzne zwątpienie, wewnętrzny lęk.
No i tak właśnie mam z tym odnajdywaniem rzeczywistości w piosenkach i książkach, o czym już wcześniej pisałam.
is the moon and. is the. sun
luty 12, 2008
Podczas dorocznego “Światowego Forum Ekonomicznego” w Davos w 1999 r., Dean Ornish, Prezydent i Dyrektor Instytutu Badań nad Prewencją Medyczną, przedstawił następującą receptę:
1) zastąpić dietę bazującą na mięsie dietą bazującą na warzywach;
2) rzucić palenie (nawet jednego cygara dziennie)!
3) regularnie zażywać ćwiczeń ruchowych (zaledwie 30 minut marszu dziennie w trzech 10 min. dawkach może zmniejszyć ryzyko przedwczesnej śmierci o 50%);
4) zażywać środki uzupełniające dietę. Szczególnie polecane: 2-3 gramy oleju lnianego lub rybiego dziennie może zredukować choroby serca o 50%, a 200 mikrogramów selenu dziennie może zmniejszyć ryzyko raka piersi, prostaty i innych narządów od 40 do 60%;
5) skuteczniej radzić sobie ze stresem;
6) zmierzyć się z „emocjonalnymi i duchowymi” chorobami serca – samotnością i izolacją. Więcej kochać i być szczęśliwym – oto klucz do lepszego zdrowia.
(D.Ornish: How to save your own life, World Economic Forum, 1999 Annual Meeting – Davos 28 January – 2 February).
won’t say where i went wrong.
listopad 28, 2007
In our world where nobody can keep a secret a good veil says:
Thank You For NOT Sharing.
“Don’t worry”, Brandy says. “Other people will fill in the blanks.”
The same as how they do with God, she says.
(…)
People just can’t stand not knowing something, she tells me. Especially men can’t bear not climbing every mountain, mapping everywhere. Labeling everything. Peeing on every tree and then not calling you back.
Bottom Line: Fuck You
listopad 24, 2007
oj ależ to zajebista piosenka. To znaczy zawsze ją praktycznie lubiłam i słuchałam dużo dużo, ale dopiero zakochałam się w niej, jak przeczytałam tekst. Który tu zamieszczę, mimo że miałam już tu żadnych takich rzeczy nie wklejać.
Bottom Line: Fuck You
I gave up… on metaphors and acts of sarcastic wit. Rewording phrases in an attempt to grab the approval of faces i may never know. I’ve only met a few people that deserve this smile. Yes, I’m fucking ok and please don’t ask me again. I can not… stop dwelling on the fucking past. Disillusion, the only thing that keeps me warm at night.
Och ach <333333
I jako, że grono prawdę ci powie, to ja naprawdę zakochuje się w piosenkach. Krótkotrwale zwykle, ale jednak. I zawsze jak się trafi taki numer, a może i nawet zespół, to wydaje mi się, że już żaden inny mi się tak bardzo nie spodoba na pewno, że to one and only, a jak mi już zbrzydnie, to mam wrażenie, że pewnie już żadnej innej takiej piosenki już nie znajdę i zostanę taka zawieszona w muzycznej próżni, a tu proszę. Życie.
I kurwa przez ostatni tydzień nazbierało się tyle rzeczy, o których chciałam napisać, a i tak o wszystkim zapomniałam. A może jeszcze:
Marcin (21-11-2007 20:15)
to ja Ci teraz opowiem historie mojego zycia a dokladniej tego jak Cie spotkalem nie spotykajac przeciez a mimo to sie ucieszylem jakbym spotkal a potem zasmucilem jakobym nigdy ujrzec nie mial.
jechalem do koszar siedzac bezczelnie, bo nie godzi sie tak zacnej osobie jak ja stac. i drzwiami ktore byly 2 metry przede mna wchodzisz Ty. tzn tu mala zmyla bo nie zczailem ze masz dupe taka jak za dobrych licealnych czasow kiedy to byla ona 11 cudem swiata w moim prywatnym rankingu, ale uznajmy ze nei mialem czasu myslec zanadto. i nawet ubrana bylas jak Ty i mialas loczki koloru Twoich. no to wstalem bo co mam nie wstac, podejde, zagadam, moze dasz mi numer (mimo ze pamietam, ale z przyzwyczajenia bym wzial). no podchdoze blizej i chcialem zajebac bo morda zupelnie nie ta. mysle, jak Ty sie kurwo nie wstydziesz z taka morda do mnie dzisiaj odwracac Paulina? ale nei zabilem Cie, lub raczej nei zabilem nie-Ciebie (jesli wierzyc zasadzie podwojnej negacji to juz nie zyjesz (?)).
hahaha. priceless.
Dobrze, że Marcin się przeprowadził do Warszawy, bo zawsze dobrze mieć takiego kolegę, do którego można powiedzieć “weź spierdalaj” wiedząc, że się nie obrazi.
A w ogóle to zauważyłam, że jest tyle “przepraszam”, których nie chciałoby się nigdy słyszeć i tyle samo takich, których nie chciałoby się powiedzieć.
I kurwa chyba tak naprawdę to wszystko, co robię w życiu, to jest po to, zeby być lepsza od innych. Ale to jeszcze nie wiem i nie wiem też, czy to, co mnie przy niektórych rzeczach przytrzymuje to właśnie to masterstwo. Patrz: balet. Gdyby nie to, że prawie zawsze, by pokazać jak się robi prawidłowo cośtam na balecie całej grupie pani wybierała mnie, to nie wiem czy bym tam tyle lat wytrzymała. Co nie znaczy, że dlatego tańczyłam. Bo tańczyłam, bo to najlepsza rzecz na świecie. Ale to był chyba powód, dla którego tańczyłam W GRUPIE.
Marcin (21-11-2007 23:34)
a nie wiem kurwa, dziwna jestes.
I jeszcze wkurwia mnie to, jak ostatnio naokoło każdy próbuje wpłynąć na mnie poprzez “nawracanie” mnie na lepszą muzykę. To znaczy raczej próbę nawracania. Mnie nie przeszkadza, że Edyta słucha se max chujowego chill out’u w połączeniu z techno_disco_polo, tak samo nie obchodzi mnie, że Kasia sobie chodzi na jakieś sekciarskie spotkania oazowe. Chociaż gdybym miała wybór, to bym to zmieniła. Ale co mi do tego, kto co robi w swym wolnym czasie. Jeeez, więcej wyrozumiałości. Za to właśnie lubię moją siostrę, że ani razu nie powiedziała mi, żebym posłuchała kogośtam bo takie zajebiste ma piosenki, nie to co ja słucham. Ja tak samo nigdy nie powiedziałam tak na temat jej muzyki, chociaż pozostawia sobie ona wiele do życzenia.
W ogóle chaotycznie i nieładnie mi to wszystko wyszło, ale pierdolę.
directions from directionless people aside.
listopad 15, 2007
że tak się posłużę cytatem z Daggermouth, to jest to, co mnie najbardziej wkurwia.
Wiem już, dlaczego nie potrafiłam wszystkiego tu opisać, co bym chciała i jak bym chciała. I wiem, dlaczego pisanie kiedyś przychodziło mi z większą łatwością. Bo czytałam książki. A teraz, po wiekach życia w intelektualnej stagnacji, postanowiłam do tego wrócić. Inspiracja <ok>
A w książce najfajniejsze jest to, jak czasami ją czytasz i się uśmiechasz. Nie dlatego, że jest tam coś śmiesznego, tylko na mej twarzy uśmiech wywołują te fragmenty, które akurat są słownym zapisem, tego, co się działo lub dzieje w moim życiu lub tego, o czym ostatnio myślałam, a czego sama nie potrafiłam tak łatwo zdefiniować. Albo gdy w tak prostych słowach zawarte jest tyle przekazu, że aż chcę zapisać gdzieś sobie to jedno zdanie, które potem będzie mi chodziło cały dzień po głowie, zmuszało do myślenia i wciąż wywoływało uśmiech. Taki uśmiech, co to sprawia, że jestem zadowolona z siebie, mimo że właściwie prawo do tego mam niewielkie, bo to przecież nie ja to zdanie wymyśliłam. Ale jednak tak jest.
I chciałabym napisać kiedyś coś takiego, co sprawi, że ktoś się gdzieś uśmiechnie z tego samego powodu, z którego ja się dzisiaj cały dzień uśmiechałam.
Mimo, że książka, którą aktualnie czytam jest chyba lekko przesiąknięta jakimś dekadentyzmem i nie nastraja raczej optymistycznie, ale jednak jest zajebista as fuck. Przynajmniej póki co. I jest po angielsku, co też dużo w tej materii zmienia.
I zauważyłam też, że na każde wydarzenie, uczucie czy nawet sen potrafię znaleźć fragment książki czy tekst piosenki. Bez wyjątku. I to skłania mnie do stwierdzenia, iż wszystko już było. Albo chociaż zostało opisane stosując kompletną fikcję literacką. A tak czytając książki czy zastanawiając się nad tekstami piosenek zostajemy tylko przygotowani na to, co się ewentualnie jeszcze w naszym życiu może zdarzyć i już rezerwujemy sobie te fragmenty, o których kiedyś będziemy mogli powiedzieć, że opisują one naszą teraźniejszość. Postmodernizm jest to, tak? Ja w każdym razie się w tym nurcie świetnie odnajduję.
i jeszcze:
There’s that fallen heart that you rushed right through the moments where you should’ve been paying attention.
śliczne.
I Wanna Curl Up Like A Child
listopad 11, 2007
Zrobiłam się bardzo leniwa i ciągle mnie boli głowa.
Uwielbiam piosenkę P. Diddy feat. Keyshia Cole “Last Night”. Połowicznie dlatego, że Piotrek do niej zatańczył w You Can Dance jedną z najpiękniejszych solówek jakie widziałam, ale też dlatego, że jest śliczna, śpiewana z nadzieją i pasją i ma ładny tekst. Którego tu nie zamieszczę, bo już dość tych tekstów.
Moja nowa idolka, Angela Hysen, prowadzi kilka blogów i na każdym wciela się w inną osobowość. I tak się zastanawiam, czy przez to nie traci się tej własnej. Bo chciałabym tak, bo mam trochę pomysłów. Ależ to by było dziwne. I pewnie rozwinęłoby moją zrujnowaną przez proces socjalizacji i szkolnictwa wyobraźnię i nauczyłoby mnie konsekwencji w działaniu. Zresztą mój livejournal był poniekąd odbiciem, w sensie negatywem, mojego codziennego zachowania. To był dopiero fun.
Przypomniał mi się cytat Williama Shakespeare’a A fool thinks himself to be wise, but a wise man knows himself to be a fool i w tym wszystkim co się ostatnio dzieje, to mi akurat najbardziej poprawia humor. Chociaż może niekoniecznie, ale przynajmniej, skoro ciągle tyle rzeczy mnie utwierdza w tym, że jestem taka głupia, to może jednak taka nie jestem. Haha, głupie, ale cóż
Chciałabym tu napisać milion rzeczy, ale nie potrafię.
sie sypie.
listopad 1, 2007
ja. no bez kitu
i czyż ludzie powariowali, że miałabym komuś przegrywać moje płyty closet monster za pieniądze? TAKI zespół, który się rozpadł dlatego, że zaczęli być za bardzo sławni i im się to nie podobało, bo nie do tego dążyli, miałby być teraz przegrywany przez ich największą fankę czerpiącą jeszcze z tego profity?! Toż to się nie godzi. Za darmo albo w ogóle.
Raz w życiu mi się zdarzyło, że czytając książkę, musiałam się na siłę powstrzymywać od roześmiania się na głos. Bo w końcu byłam w pociągu, ale to nieważne. I zmusiło mnie to do odnalezienia odpowiedniego ebooka i koniecznego skopiowania tego tutaj, jak będę miała zły humor, co jest zjawiskiem nierzadkim, to se tu wejdę i poczytam, o.
Joseph Heller – Paragraf 22
— Co robisz? — spytał na wszelki wypadek Yossarian wchodząc do namiotu, chociaż od razu zobaczył, o co chodzi.
— Chcę naprawić kranik — odpowiedział Orr. — Trochę przecieka.
— Proszę cię, przestań — powiedział Yossarian. — Denerwujesz mnie.
— Kiedy byłem małym chłopcem — odpowiedział Orr — całymi dniami chodziłem z dzikimi jabłkami w ustach, po jednym z każdej strony.
Yossarian położył worek, z którego zaczął wykładać przybory toaletowe, i zastygł podejrzliwie w pozie pełnej napięcia. Po minucie nie wytrzymał i spytał:
— Dlaczego?
Orr zachichotał zwycięsko.
— Bo są lepsze niż kasztany — odpowiedział.
Orr klęczał w namiocie na ziemi. Pracując bez wytchnienia rozbierał kranik, układał starannie wszystkie drobniutkie części, liczył je i bez końca badał każdą z osobna, jakby nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego, a potem składał malutkie urządzenie z powrotem i znowu zaczynał od początku, nie tracąc cierpliwości ani zainteresowania, nie wykazując najmniejszych oznak zmęczenia, nie zdradzając niczym, że kiedykolwiek skończy. Yossarian patrzył na to jego majsterkowanie i czuł rosnącą pewność, że jeżeli Orr natychmiast nie przestanie, będzie musiał go z zimną krwią zamordować. Jego spojrzenie powędrowało w stronę kordelasa, który nieboszczyk w dniu swego przybycia zawiesił na ramie moskitiery. Nóż wisiał obok pustej kabury nieboszczyka, z której Havermeyer ukradł rewolwer.
— Jak nie było dzikich jabłek — mówił dalej Orr — używałem kasztanów. Kasztany są prawie tej samej wielkości co dzikie jabłka, a kształt mają nawet lepszy, chociaż kształt nie gra tu żadnej roli.
— Pytałem cię, dlaczego chodziłeś z dzikimi jabłkami w ustach — powtórzył Yossarian. — O to pytałem.
— Bo mają lepszy kształt niż kasztany — odpowiedział Orr. — Już ci to mówiłem.
— Dlaczego — zaklął Yossarian z podziwem — w ogóle wypychałeś sobie czymkolwiek policzki, ty diabelski, technicznie uzdolniony, wydziedziczony skurwysynu?
— Wcale nie wypychałem sobie policzków czymkolwiek — odpowiedział Orr — tylko dzikimi jabłkami. A kiedy nie było dzikich jabłek, używałem kasztanów. Do wypychania policzków oczywiście.
Zachichotał. Yossarian postanowił nie odzywać się więcej. Orr czekał, ale Yossarian go przetrzymał.
— Po jednym z każdej strony — powiedział Orr.
— Po co?
Orr natychmiast chwycił go w swoje szpony.
— Co po co? — spytał.
Yossarian roześmiał się i potrząsając głową odmawiał odpowiedzi.
— Ciekawa historia z tym zaworem — zastanawiał się na głos Orr.
— Dlaczego? — spytał Yossarian.
— Bo chciałem mieć… Yossarian już się domyślał.
— Jezu Chryste! Ale dlaczego chciałeś mieć…
— …policzki jak jabłuszka.
— …policzki jak jabłuszka? — spytał Yossarian.
— Chciałem mieć policzki jak jabłuszka — powtórzył Orr. — Od dziecka marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś policzki jak jabłuszka, i postanowiłem pracować, dopóki nie osiągnę swojego celu, i Bóg mi świadkiem, że nie spocząłem, dopóki nie osiągnąłem swojego celu, chodząc po całych dniach z dzikimi jabłkami w ustach. Po jednym z każdej strony — dodał chichocząc.
— Ale dlaczego chciałeś mieć policzki jak jabłuszka?
— Wcale nie chciałem mieć policzków jak jabłuszka — powiedział Orr. — Chciałem mieć pucołowate policzki. Nie zależało mi specjalnie na kolorze, chciałem tylko, żeby były pucołowate. Pracowałem nad tym jak ci zwariowani faceci, o których się czasem czyta, że po całych dniach ściskają w dłoni gumową piłeczkę, żeby sobie wzmocnić rękę. Prawdę mówiąc, ja też należałem do tych zwariowanych facetów. Też po całych dniach ściskałem gumową piłeczkę w dłoni.
— Po co?
— Co po co?
— Po co ściskałeś po całych dniach gumową piłeczkę?
— Bo gumowe piłeczki… — zaczął Orr.
— …są lepsze niż dzikie jabłka?
Orr parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Robiłem to, żeby zachować twarz, w razie gdyby ktoś mnie przyłapał na tym, że noszę dzikie jabłka w ustach. Mając gumową piłeczkę w dłoni mógłbym wyprzeć się dzikich jabłek w ustach. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego trzymam dzikie jabłka w ustach, mogłem po prostu otworzyć dłoń i pokazać, że trzymam gumową piłeczkę, a nie dzikie jabłka, i nie w ustach, tylko w dłoni. Pomysł był dobry, ale nie wiedziałem, czy ludzie coś z tego rozumieją, bo niełatwo jest coś wytłumaczyć, kiedy się mówi z dzikimi jabłkami w ustach.
Yossarian stwierdził, że on też nie bardzo rozumie, i zastanawiał się, czy Orr nadymając te swoje policzki jak jabłuszka nie robi z niego balona.
W tej sytuacji Yossarian postanowił nie odzywać się już ani słowem.
always looking for a good story
październik 27, 2007
Only the best people fight against all obstacles in pursuit of happiness.