Jako że dawno nic mnie nie wkurwiało…

NOT. 

Bo ja się często denerwuję, tylko zbyt często o tym tu nie piszę. A jako że niedawno było Halloween, to warto by to zmienić. Bo wkurwia mnie, jak se teraz wejdę na grono i przewijam te nowe zdjęcia “znajomych” i każdy umalowany niczym goth-transwestyta i że niby to krew jest i się tak świetnie wszyscy bawili och ach. Jak się chciało najebać, to i można było bez tego, oszczędziłoby się przynajmniej wszystkim zbytniego przewijania bezsensownych i powtarzających się zdjęć.

Czy ktoś kiedyś umarł na katar? Nie? To ja będę zaraz kurwa pierwsza.

Nothing is as perfect as you can imagine it. A Chuck Palahniuk to jest wspaniały i TAK, jest to właśnie część filozoficzno-refleksyjna tej notki.

Częścią inspirującą jest natomiast to, że zauważyłam, że dla konieczności wystąpienia pewnych zdarzeń konieczne są określone okoliczności. Życie mnie tak zainspirowało, choć nie do końca odbieram to pozytywnie, ale po co mam wyjaśniać, bo przecież fajnie jest tak czasem zamieścić jakieś kompletnie wyrwane z kontekstu zdanie, które potem ktokolwiek może sobie do czegokolwiek dopasować, jak choćby do niefortunnego jedzenia kebaba w metrze kończącego się ubrudzeniem nowego płaszcza sosem.

Taki tam przykład, kompletnie NIE Z AUTOPSJI, żeby nie było.

Część dedykacyjna: Cześć Marcin :)

Byłam dziś w bibliotece i wypożyczyłam książkę, która okazała się być zbiorem opowiadań. Ostatnio ciągle trafiam na książki, które okazują się być zbiorem opowiadań, a ja naprawdę potrzebuję powieści. Tak jak w moim życiu, pełnym epizodów, podczas gdy ja szukam ciągłości.

“Nie warto marnować czasu na pojedyncze epizody, gdyż mogą nam zepsuć całość ukochanego filmu.”
Mogłam to trochę przeinaczyć, ale jest to zdecydowanie jedna z najśliczniejszych rzeczy, jaką ktokolwiek mi kiedykolwiek powiedział. I pewnie się zresztą wtedy popłakałam.

A co do tej książki, to zaczyna się 56 stronami z dziennika Sylvii Plath, więc wspaniale.

Czyli nawet opowiadania potrafią czasem mile zaskoczyć :)

Poza tym, w końcu to Sylvia Plath. Naprawdę, jak czytam to, to wydaje mi się, że dokładnie tak samo myślę. Jej niektóre spostrzeżenia jednak wybiegają poza ramy moich codziennych rozważań, zatem myślę, że w końcu i do takich wniosków też dojdę, jeśli się tylko zastanowię nad nienaruszonymi wcześniej falami mojej wyobraźni rzeczami. Haha. Boję się tylko, że aż za bardzo odnajdę siebie w jej książkach, a raczej biografiach, bo to by się bardzo źle skończyło.

O, a ona też uważa, że za bardzo identyfikuje się z tym, co czyta :)

Co jakiś czas przychodzi taka chwila, kiedy neutralne i z nikim niezwiązane moce tego świata jednoczą się i z hukiem zsyłają na nas wyrok. Nie istnieje żadna przyczyna tej nagłej opresji, tego potępienia, lecz wszystkie okoliczności zewnętrzne odzwierciedlają wewnętrzne zwątpienie, wewnętrzny lęk.

No i tak właśnie mam z tym odnajdywaniem rzeczywistości w piosenkach i książkach, o czym już wcześniej pisałam.

Dismantle me.

luty 21, 2008

Fortress jest raczej nieszczególną płytą jeśli chodzi o teksty, jednak Spoils im się jakoś wyjątkowo udało.

Every word that’s ever written will fall short of its intent.
Even spoke or sung or screamed it will betray what it has meant.
Language is the heart’s lament, a weak attempt to circumvent the
loneliness inherent in the search for permanence.

Zauważyłam też, że szczęście staje się powoli celem w moim życiu, zamiast być tylko jego skutkiem ubocznym.

Behold the world in other people, life is clarity.
Czyżby?

xrelaxrelaxrelax

luty 4, 2008

Losing the feeling of feeling unique
(do you know what i mean?)

Napisawszy dzisiaj już 3 zaległe maile i żyjąc w przekonaniu, że nadal o kimś zapomniałam, co mi szkodzi napisać jeszcze i tutaj.

Sesja to kurwa, ale też ma swoje pozytywne strony. To zadziwiające jak przez to nieustanne myślenie, a raczej zmuszanie się do niego, otwiera się powoli umysł i zaczynam dostrzegać coraz to więcej rzeczy. Głównie jeśli chodzi o kwestie językowe, co wynika z pewnością z tego, że chcąc nie chcąc wciąż muszę czytać. Bardzo interesujące jest na przykład słowo “jeszcze”, ale o tym to pewnie napiszę w chwili uniesienia polonistycznego.

A w ogóle to i tak najlepsze pomysły mam pod prysznicem, to tam odkryłam fenomen “A Plateful Of Our Dead” i znaczenie “Sequoia Throne”, chociaż to są jedne z miliona moich genialnych myśli i wniosków. Tak, gdybym miała i umiała kiedykolwiek napisać jakąś filozoficzną książkę, to z pewnością zatytuowana byłaby “Spod prysznica”. Albo coś takiego.

Zauważyłam też, że nie znoszę być sama w akademiku. Co związane jest pewnie z moją postępującą nerwicą, ale dziwi mnie to strasznie, bo kiedyś było zupełnie inaczej, wprost marzyłam, żeby chociaż godzinę pobyć sama. A teraz jak nikogo nie ma oprócz mnie, to zostaję sama ze swoimi myślami, które mnie czasami aż rozsadzają od środka. Nienawidzę zasypiać w pokoju, gdy nie ma Joasi, bo choćbym baaardzo chciała spać, to i tak nie zasnę przez natłok moich myśli, które bynajmniej nie są konstruktywne, tylko są to pierdolone wyssane z_nie_wiadomo_kąd obawy, których pozbycie się i doprowadzenie mnie do stanu normalności zajmuje w sumie sporo czasu. W ogóle mój układ nerwowy jest już chyba całkiem rozstrojony, mam jakieś napady histerii, do tego prawie nie mam apetytu i jem jak mi każą albo jak mi słabo albo jak mi za głośno burczy w brzuchu. Ale ta zdrowa strona mojego umysłu naprawdę z tym walczy i już widzę pewną poprawę, ale sama tak nie dam rady, a dom i rodzice to są żadną pomocą.

Czasem myślę, że chciałabym zdjąć słuchawki i posłuchać o czym ci ludzie w metrze czy gdziekolwiek rozmawiają. Ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że nie warto. Może gdybym w gimnazjum i na początku liceum miała odtwarzacz, to już wtedy zaczęłabym myśleć o studiach, a nie pałać nienawiścią do studentów.

Z okazji Nowego Roku życzę sobie więcej spokoju, nauczenia się i-dont-care-ism’u, osobom którę lubię high five i oby tak dalej, a tym wszystkim, czyli w sumie większości, którzy mnie ostatnio wkurwili, rzekłabym tradycyjne “wypierdalaj”.

Ale z tym “wypierdalaj” to się tak nie da, bo jak bym to zastosowała do części osób, do których bym chciała, to i odcięłabym się od osób, z którymi kontaktu tracić bym nie chciała.

Ech, moje życie to taki nieskończony zbiór naczyń połączonych.

Napisałam takie ładne podsumowanie tego roku, ale to na kartce i nie chce mi się tego wszystkiego przepisywać. Ale w sumie ten rok w spojrzeniu krótkookresowym jest na +, ale w długookresowym chyba raczej na minus. A pojęcia długo- i krótkookresowości w tym momencie nie oznaczają bynajmniej tego samego, co w makroekonomii.

Piosenką idealnie opisującą ten mijający rok jest zdecydowanie “A Plateful Of Our Dead” Protest The Hero. Nie wiem, który już raz zamieszczę tu jej tekst, ale mam nadzieję, że to ostatni.

“A Plateful Of Our Dead”

Don’t ever ask us to define our morals
Sometimes when fundamentals meet teenage heartbreak
Some of us are all of us; half-selves that love whole hopes
And hara-kiri heartbreak

There’s almost nothing worse than never being real
Strained voices crying wolf when nobody can hear
If I had a gun I’d pump your ethics full of lead
If I believed in meat I’d eat a plateful of our dead

There’s merit in construction when it’s done with your own hands
There’s beauty in destruction, resurrection, another chance
There’s a you and I in union but just an I in our beliefs
There’s a crashing plane with a banner that reads everyone’s naïve

The only proof that I have that we shot and killed this horse
Is the sounds of whips on flesh and a bleeding heart remorse
When I’m In this state of reflection and you hand me whips
And two by fours I could never bring them down and beat the same horse as before

I’d rather kill a stupid flower and spread its seeds around
Until a garden with our bullet-laden morals will be found.

Nauczyłam się też, że nikomu nie można ufać i że najważniejsze w życiu to pilnować wyłącznie swojej dupy.

Ogólnie nie narzekam.

Najlepszym sposobem na uniknięcie spatosienia w zdaniu jest dorzucenie do niego jakiejś “kurwy”, tudzież innego przekleństwa, co też powyżej wykorzystałam.

- Poproszę ten zbiór opowiadań Sylvii Plath.
- Jest też “Szklany klosz”, ale to pewnie już pani czytała.

Nie, nie czytałam, ale to miło, że wyglądam na taką oczytaną.

o a co do świąt, to czemu są durne
bo tak:
wtedy w nocy mnie jeden kolo zdenerwował max
i pierwszy raz w życiu
ktoś faktycznie mi spierdolił święta!
no ale też to całe jedzenie
no dżizas, ile można
JAK BĘDĘ GŁODNA TO SE SAMA WEZMĘ BABCIU
i takie tam
i jeszcze dzielenie się opłatkiem
no kurwa
3 osoby mi życzyły żebym więcej jadła i już nie chudła
na co odpowiadałam: jeszcze 2 kilo, plz
dziadek oszczedza na ogrzewaniu, w domu u nich zimno jak chuj.
co jest pewnie mało trafnym porównaniem, acz dosadnym.
nad słowem “dosadny” zastanawiałam się pół minuty, kiepsko.
ale za to ładnie wygląda.

i w ogóle zamiast atmosfery szcześliwosci i ciepła domowego ogniska, pierwszy raz zaczęłam dostrzegać sztuczność i niefajność co było bardzo frustrujące i przygnębiające.

O i zawsze fascynowały mnie osoby, które miały mało przyjaciół i lubiły nie otaczać się ludźmi. Tak z wyboru. Tacy raczej, hm, samotnicy. Bo mało mówią, a więcej myślą. Bo nie mają komu mówić, to myślą. Tak, bogate życie wewnętrzne to coś, co mnie bardziej pociąga niż potok najbardziej wysublimowanych słów najbardziej wygadanej i elokwentnej osoby.

Moje myśli kołtują się w mojej głowie, nie mając ochoty wyzwolić mnie od tego mętliku i nieogarnięcia poprzez zwyczajne obnażenie się przed osobami z mojego otoczenia. Taki to kolejny dysonans.

Może boję się zrozumienia, bo tak przecież lubię wzbudzać zachwyt. A zrozumienie w moim przypadku oznaczałoby zrównanie się ze zwyczajną przeciętnością, nad którą tak bardzo lubię się unosić.

he_he.

the state of 3:37 PM

grudzień 8, 2007

I jak ja mam się identyfikować z tą pieprzoną “bracią studencką”, kiedy właśnie jakieś lamusy wywiesiły wieeelki plakat diabła tasmańskiego z looney tunes (czy jak to tam) na swoich drzwiach od akademika z napisem: Keep out, Taz is cośtam cośtam. oł plz.

I prawdą jest to, co było już udowodnione w psychologii, że aby pozbyć się jednego problemu, to musisz od razu znać odpowiedź na pytanie “i co dalej?”. To się zdaje się w dużej mierze łączy z negatywnym formułowaniem celów. Nie, że “chcesz się czegoś pozbyć”, tylko że “chcesz coś zyskać”. A zmierzam do tego, że nie zdawałam sobie sprawy, że jak już polubię swoją zewnętrzną aparycję (celowym jest ten oksymoron), to dostrzegę, ile błędów jest wewnątrz mnie. Uciekłam od wszelkich diet, umartwiania się nad niedoskonałościami mojego wyglądu, a teraz jakże wiele rzeczy dotyczących mojego charakteru, usposobienia i postępowania mnie denerwuje. Jak to ciągle trzeba nad sobą pracować. Bo mam zamiar wyplenić z siebie to, co mnie w sobie najbardziej denerwuje i przede wszystkim – zaakceptować to, że jest jak jest i że globalnie rzecz ujmując – nie jest jednak tak źle. I ciekawe co potem.

Jump back to me lying on the bed, with no ideas, with a fringe that is too curly to go out and with a feeling that there’s no other way but to let go. Thoughts are just oh so overwhelming and apparently that’s the reason why I can’t lift myself up.
Life’s a book with constantly repetitive chapters, only written in different words and styles.
My feeling useless has grown up to the point where I do feel invisible. My reading and listening has been preparing me for what I can expect but still, I have not solved all the misteries.
It’s like you’re almost sure that something is going to happen, but you just can’t picture that.

Give me needy emotional whining bullshit.

huh.

Widzę, że mądrzeję dopiero wtedy, gdy zaczynam rozumieć rzeczy, których kiedyś nie potrafiłam ogarnąć.

Moje przemyślenia po wczorajszym wieczorze:

  1. Chodzenie po klubach nigdy nie będzie moją zajawką.
  2. Nie rozumiem lamusów, dla których owa rozrywką nią jest.
  3. Nie mam z kim pośmiać się z tego, jak niektórzy ludzie są żałośni.
  4. Emilka śliiiicznie tańczy.
  5. Paradise to najlepszy drink.
  6. Papierosy są chujowe, mimo że ponoć ładnie wyglądam jak palę.
  7. Umiem w pełni rozkoszować się tańcem tylko do muzyki, którą sama sobie wybiorę.
  8. Dobrze, że Emilka ma Flapsa.
  9. Emilki znajomi nigdy nie mogliby być moimi znajomymi.
  10. W kolejce do łazienki można usłyszeć pół życia idiotek współczekających, łącznie z tym, jak to fajnie jest w klubach w Londynie i jak utopiła komórkę w kiblu <ok>
  11. Ain’t no party like a Daggermouth party! ;)

Tak to sobie napisałam, żebym kiedyś może mogła zweryfikować swoje poglądy na różne sprawy, a póki co to mam nadzieję, że nic z tego powyżej się nie zmieni. No może chciałabym tylko mieć komu się wyżalić z beznadziejności tego wszystkiego.

Tyle.