dlaczego globalizacja mnie NIE wkurwia
lipiec 25, 2009
Obejrzałam właśnie “Drogę do szczęścia”. Nawet nie cały film, muszę przyznać, ale postanowiłam zrobić przerwę, bo faktycznie, ten film potrafi poruszyć.
Chodzi mi o to, że zdaje się, że w latach 60. (chyba wtedy dzieje się akcja tego filmu) było tyle wybitnych, wybijających się poza ramy norm jednostek, które były tłamszone przez wszechobecne reguły i społeczeństwo małomiasteczkowe. Problem w tym, że wszystko było takie same i jeśli coś próbowało być inne, to było po prostu złe i niedorzeczne. Na pewno w dużych miastach żyło się, jeśli chodzi o takie ogólnie przyjęte normy, łatwiej (dlatego Bukowski mógł jednak wyżyć ze swoich opowiadań), ale małe miasta pozostawały zawsze niewielkie jeśli chodzi o liczbę wprowadzanych zmian światopoglądowych i stąd wynosimy, wydaje mi się, wiele stereotypów funkcjonujących nadal w naszym społeczeństwie. “Przykładny” mąż, “przykładna” żona. “Przykładny” zdaje się mieć w mej głowie wydźwięk pejoratywny, gdyż podaje definicję osoby, której zachowanie musi być ściśle sprecyzowane, a uważam, że właściwie to nigdy nie można generalizować.
Właśnie. Bukowski. Od zawsze był inny i nieakceptowany w swoim społeczeństwie małego miasta, gdzie każdy zabiegał tylko o dobrze płatną pracę i przystrzyżone ładnie trawniki. Wyraźnie odstawał i gdyby się nie wyrwał z tej społeczności, na pewno nie czytałabym dziś z takim zamiłowaniem jego książek. Zdaje się, że Los Angeles oferowało mu znacznie dogodniejsze warunki do życia i tworzenia, a przede wszystkim – większą akceptację dla wyboru stylu życia, który chciał prowadzić.
A może było więcej takich talentów, które jednak pozostały niedocenione i niezrozumiałe w swoich małych otoczeniach?
Obecnie również zauważam znaczne różnice między tymi, którzy chcą się wyrwać, a tymi, którzy akceptują zastaną rzeczywistość bez cienia refleksji. Co do globalizacji, to zdecydowanie pomogła ona tym pierwszym, ułatwiając im dostęp do źródeł edukacji, twórczości i szansy na lepszą rzeczywistość, umniejszając jednocześnie (całe szczęście) znaczenie tych drugich.
filozoficzno-refleksyjno-inspirująca notencja z dedykacją
listopad 2, 2008
Jako że dawno nic mnie nie wkurwiało…
NOT.
Bo ja się często denerwuję, tylko zbyt często o tym tu nie piszę. A jako że niedawno było Halloween, to warto by to zmienić. Bo wkurwia mnie, jak se teraz wejdę na grono i przewijam te nowe zdjęcia “znajomych” i każdy umalowany niczym goth-transwestyta i że niby to krew jest i się tak świetnie wszyscy bawili och ach. Jak się chciało najebać, to i można było bez tego, oszczędziłoby się przynajmniej wszystkim zbytniego przewijania bezsensownych i powtarzających się zdjęć.
Czy ktoś kiedyś umarł na katar? Nie? To ja będę zaraz kurwa pierwsza.
Nothing is as perfect as you can imagine it. A Chuck Palahniuk to jest wspaniały i TAK, jest to właśnie część filozoficzno-refleksyjna tej notki.
Częścią inspirującą jest natomiast to, że zauważyłam, że dla konieczności wystąpienia pewnych zdarzeń konieczne są określone okoliczności. Życie mnie tak zainspirowało, choć nie do końca odbieram to pozytywnie, ale po co mam wyjaśniać, bo przecież fajnie jest tak czasem zamieścić jakieś kompletnie wyrwane z kontekstu zdanie, które potem ktokolwiek może sobie do czegokolwiek dopasować, jak choćby do niefortunnego jedzenia kebaba w metrze kończącego się ubrudzeniem nowego płaszcza sosem.
Taki tam przykład, kompletnie NIE Z AUTOPSJI, żeby nie było.
Część dedykacyjna: Cześć Marcin
i’ll call it a lesson learned.
luty 29, 2008
Byłam dziś w bibliotece i wypożyczyłam książkę, która okazała się być zbiorem opowiadań. Ostatnio ciągle trafiam na książki, które okazują się być zbiorem opowiadań, a ja naprawdę potrzebuję powieści. Tak jak w moim życiu, pełnym epizodów, podczas gdy ja szukam ciągłości.
“Nie warto marnować czasu na pojedyncze epizody, gdyż mogą nam zepsuć całość ukochanego filmu.”
Mogłam to trochę przeinaczyć, ale jest to zdecydowanie jedna z najśliczniejszych rzeczy, jaką ktokolwiek mi kiedykolwiek powiedział. I pewnie się zresztą wtedy popłakałam.
A co do tej książki, to zaczyna się 56 stronami z dziennika Sylvii Plath, więc wspaniale.
Czyli nawet opowiadania potrafią czasem mile zaskoczyć
Poza tym, w końcu to Sylvia Plath. Naprawdę, jak czytam to, to wydaje mi się, że dokładnie tak samo myślę. Jej niektóre spostrzeżenia jednak wybiegają poza ramy moich codziennych rozważań, zatem myślę, że w końcu i do takich wniosków też dojdę, jeśli się tylko zastanowię nad nienaruszonymi wcześniej falami mojej wyobraźni rzeczami. Haha. Boję się tylko, że aż za bardzo odnajdę siebie w jej książkach, a raczej biografiach, bo to by się bardzo źle skończyło.
O, a ona też uważa, że za bardzo identyfikuje się z tym, co czyta
Co jakiś czas przychodzi taka chwila, kiedy neutralne i z nikim niezwiązane moce tego świata jednoczą się i z hukiem zsyłają na nas wyrok. Nie istnieje żadna przyczyna tej nagłej opresji, tego potępienia, lecz wszystkie okoliczności zewnętrzne odzwierciedlają wewnętrzne zwątpienie, wewnętrzny lęk.
No i tak właśnie mam z tym odnajdywaniem rzeczywistości w piosenkach i książkach, o czym już wcześniej pisałam.
if i had a gun, i’d FUCK your ethics full of lead.
grudzień 25, 2007
Nieważne ile razy się wsłuchuję w ten moment, zawsze słyszę tam “fuck”, a nie “pump”.
Z okazji mijających powoli świąt życzę sobie więcej spokoju, nauczenia się i-dont-care-ism’u, osobom którę lubię high five i oby tak dalej, a tym wszystkim, czyli w sumie większości, którzy mnie ostatnio wkurwili, rzekłabym tradycyjne “wypierdalaj”.
No bo jak można mnie TAK zdenerwować przed świętami. I o takie coś mnie oskarżyć, nawet mnie nie znając. No właściwie tuż po rozpoczęciu wigilii, bo po północy było. Chociaż znając to całe forum i tych pieprzonych off-topikowców to było takie przewidywalne kurwa. I ja, jako zestresowane dziecko, ciągle się tym przejmuję, ale tym razem to naprawdę mam czym. I jak tu kurwa komukolwiek ufać.
Haha, ależ zawoalowanie wyszło. Ale tak sobie pomyślałam, że i tak przez dłuższy czas będę o tym pamiętać, ale może nie na tyle, żeby pamiętać to wkurwienie, to se tu wejdę i przypomnę. A kiedyś pewnie zapomnę, jak mi spierdolono święta, to jak tu wejdę to i tak nie będę wiedziała o co dokładnie cho i się nie wkurzę znów.
Zresztą po co ja się tłumaczę.
A wczoraj poczułam się jak Sylvia Plath, bo najwidoczniej byłam pełna łez, jak szklanka wody nalana po brzegi trzymana w niepewnej ręce. No i właśnie się wylała ta woda. I to było takie dziwne i fascynujące, bo w pewnym momencie, prawie nie wiedzieć czemu, zaczęłam po prostu strasznie płakać.
I w ogóle często odnajduję jakieś analogie do mojego stanu wewnętrznego w książkach biograficznych Sylvii Plath. Na początku mnie to cieszyło, bo fajnie jest się czuć jak ktoś tak inspirujący i ciekawy, ale z drugiej strony jak pomyślę, że ona była neurotyczką i popełniła samobójstwo to kiepsko, oj kiepsko.
No i w ogóle te święta to z dupy są.
Co za fajne słowo, “najwidoczniej”, a po angielsku jeszcze fajniejsze.
Prawie tak fajne jak “cieplusi”.
won’t say where i went wrong.
listopad 28, 2007
In our world where nobody can keep a secret a good veil says:
Thank You For NOT Sharing.
“Don’t worry”, Brandy says. “Other people will fill in the blanks.”
The same as how they do with God, she says.
(…)
People just can’t stand not knowing something, she tells me. Especially men can’t bear not climbing every mountain, mapping everywhere. Labeling everything. Peeing on every tree and then not calling you back.
directions from directionless people aside.
listopad 15, 2007
że tak się posłużę cytatem z Daggermouth, to jest to, co mnie najbardziej wkurwia.
Wiem już, dlaczego nie potrafiłam wszystkiego tu opisać, co bym chciała i jak bym chciała. I wiem, dlaczego pisanie kiedyś przychodziło mi z większą łatwością. Bo czytałam książki. A teraz, po wiekach życia w intelektualnej stagnacji, postanowiłam do tego wrócić. Inspiracja <ok>
A w książce najfajniejsze jest to, jak czasami ją czytasz i się uśmiechasz. Nie dlatego, że jest tam coś śmiesznego, tylko na mej twarzy uśmiech wywołują te fragmenty, które akurat są słownym zapisem, tego, co się działo lub dzieje w moim życiu lub tego, o czym ostatnio myślałam, a czego sama nie potrafiłam tak łatwo zdefiniować. Albo gdy w tak prostych słowach zawarte jest tyle przekazu, że aż chcę zapisać gdzieś sobie to jedno zdanie, które potem będzie mi chodziło cały dzień po głowie, zmuszało do myślenia i wciąż wywoływało uśmiech. Taki uśmiech, co to sprawia, że jestem zadowolona z siebie, mimo że właściwie prawo do tego mam niewielkie, bo to przecież nie ja to zdanie wymyśliłam. Ale jednak tak jest.
I chciałabym napisać kiedyś coś takiego, co sprawi, że ktoś się gdzieś uśmiechnie z tego samego powodu, z którego ja się dzisiaj cały dzień uśmiechałam.
Mimo, że książka, którą aktualnie czytam jest chyba lekko przesiąknięta jakimś dekadentyzmem i nie nastraja raczej optymistycznie, ale jednak jest zajebista as fuck. Przynajmniej póki co. I jest po angielsku, co też dużo w tej materii zmienia.
I zauważyłam też, że na każde wydarzenie, uczucie czy nawet sen potrafię znaleźć fragment książki czy tekst piosenki. Bez wyjątku. I to skłania mnie do stwierdzenia, iż wszystko już było. Albo chociaż zostało opisane stosując kompletną fikcję literacką. A tak czytając książki czy zastanawiając się nad tekstami piosenek zostajemy tylko przygotowani na to, co się ewentualnie jeszcze w naszym życiu może zdarzyć i już rezerwujemy sobie te fragmenty, o których kiedyś będziemy mogli powiedzieć, że opisują one naszą teraźniejszość. Postmodernizm jest to, tak? Ja w każdym razie się w tym nurcie świetnie odnajduję.
i jeszcze:
There’s that fallen heart that you rushed right through the moments where you should’ve been paying attention.
śliczne.
sie sypie.
listopad 1, 2007
ja. no bez kitu
i czyż ludzie powariowali, że miałabym komuś przegrywać moje płyty closet monster za pieniądze? TAKI zespół, który się rozpadł dlatego, że zaczęli być za bardzo sławni i im się to nie podobało, bo nie do tego dążyli, miałby być teraz przegrywany przez ich największą fankę czerpiącą jeszcze z tego profity?! Toż to się nie godzi. Za darmo albo w ogóle.
Raz w życiu mi się zdarzyło, że czytając książkę, musiałam się na siłę powstrzymywać od roześmiania się na głos. Bo w końcu byłam w pociągu, ale to nieważne. I zmusiło mnie to do odnalezienia odpowiedniego ebooka i koniecznego skopiowania tego tutaj, jak będę miała zły humor, co jest zjawiskiem nierzadkim, to se tu wejdę i poczytam, o.
Joseph Heller – Paragraf 22
— Co robisz? — spytał na wszelki wypadek Yossarian wchodząc do namiotu, chociaż od razu zobaczył, o co chodzi.
— Chcę naprawić kranik — odpowiedział Orr. — Trochę przecieka.
— Proszę cię, przestań — powiedział Yossarian. — Denerwujesz mnie.
— Kiedy byłem małym chłopcem — odpowiedział Orr — całymi dniami chodziłem z dzikimi jabłkami w ustach, po jednym z każdej strony.
Yossarian położył worek, z którego zaczął wykładać przybory toaletowe, i zastygł podejrzliwie w pozie pełnej napięcia. Po minucie nie wytrzymał i spytał:
— Dlaczego?
Orr zachichotał zwycięsko.
— Bo są lepsze niż kasztany — odpowiedział.
Orr klęczał w namiocie na ziemi. Pracując bez wytchnienia rozbierał kranik, układał starannie wszystkie drobniutkie części, liczył je i bez końca badał każdą z osobna, jakby nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego, a potem składał malutkie urządzenie z powrotem i znowu zaczynał od początku, nie tracąc cierpliwości ani zainteresowania, nie wykazując najmniejszych oznak zmęczenia, nie zdradzając niczym, że kiedykolwiek skończy. Yossarian patrzył na to jego majsterkowanie i czuł rosnącą pewność, że jeżeli Orr natychmiast nie przestanie, będzie musiał go z zimną krwią zamordować. Jego spojrzenie powędrowało w stronę kordelasa, który nieboszczyk w dniu swego przybycia zawiesił na ramie moskitiery. Nóż wisiał obok pustej kabury nieboszczyka, z której Havermeyer ukradł rewolwer.
— Jak nie było dzikich jabłek — mówił dalej Orr — używałem kasztanów. Kasztany są prawie tej samej wielkości co dzikie jabłka, a kształt mają nawet lepszy, chociaż kształt nie gra tu żadnej roli.
— Pytałem cię, dlaczego chodziłeś z dzikimi jabłkami w ustach — powtórzył Yossarian. — O to pytałem.
— Bo mają lepszy kształt niż kasztany — odpowiedział Orr. — Już ci to mówiłem.
— Dlaczego — zaklął Yossarian z podziwem — w ogóle wypychałeś sobie czymkolwiek policzki, ty diabelski, technicznie uzdolniony, wydziedziczony skurwysynu?
— Wcale nie wypychałem sobie policzków czymkolwiek — odpowiedział Orr — tylko dzikimi jabłkami. A kiedy nie było dzikich jabłek, używałem kasztanów. Do wypychania policzków oczywiście.
Zachichotał. Yossarian postanowił nie odzywać się więcej. Orr czekał, ale Yossarian go przetrzymał.
— Po jednym z każdej strony — powiedział Orr.
— Po co?
Orr natychmiast chwycił go w swoje szpony.
— Co po co? — spytał.
Yossarian roześmiał się i potrząsając głową odmawiał odpowiedzi.
— Ciekawa historia z tym zaworem — zastanawiał się na głos Orr.
— Dlaczego? — spytał Yossarian.
— Bo chciałem mieć… Yossarian już się domyślał.
— Jezu Chryste! Ale dlaczego chciałeś mieć…
— …policzki jak jabłuszka.
— …policzki jak jabłuszka? — spytał Yossarian.
— Chciałem mieć policzki jak jabłuszka — powtórzył Orr. — Od dziecka marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś policzki jak jabłuszka, i postanowiłem pracować, dopóki nie osiągnę swojego celu, i Bóg mi świadkiem, że nie spocząłem, dopóki nie osiągnąłem swojego celu, chodząc po całych dniach z dzikimi jabłkami w ustach. Po jednym z każdej strony — dodał chichocząc.
— Ale dlaczego chciałeś mieć policzki jak jabłuszka?
— Wcale nie chciałem mieć policzków jak jabłuszka — powiedział Orr. — Chciałem mieć pucołowate policzki. Nie zależało mi specjalnie na kolorze, chciałem tylko, żeby były pucołowate. Pracowałem nad tym jak ci zwariowani faceci, o których się czasem czyta, że po całych dniach ściskają w dłoni gumową piłeczkę, żeby sobie wzmocnić rękę. Prawdę mówiąc, ja też należałem do tych zwariowanych facetów. Też po całych dniach ściskałem gumową piłeczkę w dłoni.
— Po co?
— Co po co?
— Po co ściskałeś po całych dniach gumową piłeczkę?
— Bo gumowe piłeczki… — zaczął Orr.
— …są lepsze niż dzikie jabłka?
Orr parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Robiłem to, żeby zachować twarz, w razie gdyby ktoś mnie przyłapał na tym, że noszę dzikie jabłka w ustach. Mając gumową piłeczkę w dłoni mógłbym wyprzeć się dzikich jabłek w ustach. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego trzymam dzikie jabłka w ustach, mogłem po prostu otworzyć dłoń i pokazać, że trzymam gumową piłeczkę, a nie dzikie jabłka, i nie w ustach, tylko w dłoni. Pomysł był dobry, ale nie wiedziałem, czy ludzie coś z tego rozumieją, bo niełatwo jest coś wytłumaczyć, kiedy się mówi z dzikimi jabłkami w ustach.
Yossarian stwierdził, że on też nie bardzo rozumie, i zastanawiał się, czy Orr nadymając te swoje policzki jak jabłuszka nie robi z niego balona.
W tej sytuacji Yossarian postanowił nie odzywać się już ani słowem.