won’t say where i went wrong.
listopad 28, 2007
In our world where nobody can keep a secret a good veil says:
Thank You For NOT Sharing.
“Don’t worry”, Brandy says. “Other people will fill in the blanks.”
The same as how they do with God, she says.
(…)
People just can’t stand not knowing something, she tells me. Especially men can’t bear not climbing every mountain, mapping everywhere. Labeling everything. Peeing on every tree and then not calling you back.
sie sypie.
listopad 1, 2007
ja. no bez kitu
i czyż ludzie powariowali, że miałabym komuś przegrywać moje płyty closet monster za pieniądze? TAKI zespół, który się rozpadł dlatego, że zaczęli być za bardzo sławni i im się to nie podobało, bo nie do tego dążyli, miałby być teraz przegrywany przez ich największą fankę czerpiącą jeszcze z tego profity?! Toż to się nie godzi. Za darmo albo w ogóle.
Raz w życiu mi się zdarzyło, że czytając książkę, musiałam się na siłę powstrzymywać od roześmiania się na głos. Bo w końcu byłam w pociągu, ale to nieważne. I zmusiło mnie to do odnalezienia odpowiedniego ebooka i koniecznego skopiowania tego tutaj, jak będę miała zły humor, co jest zjawiskiem nierzadkim, to se tu wejdę i poczytam, o.
Joseph Heller – Paragraf 22
— Co robisz? — spytał na wszelki wypadek Yossarian wchodząc do namiotu, chociaż od razu zobaczył, o co chodzi.
— Chcę naprawić kranik — odpowiedział Orr. — Trochę przecieka.
— Proszę cię, przestań — powiedział Yossarian. — Denerwujesz mnie.
— Kiedy byłem małym chłopcem — odpowiedział Orr — całymi dniami chodziłem z dzikimi jabłkami w ustach, po jednym z każdej strony.
Yossarian położył worek, z którego zaczął wykładać przybory toaletowe, i zastygł podejrzliwie w pozie pełnej napięcia. Po minucie nie wytrzymał i spytał:
— Dlaczego?
Orr zachichotał zwycięsko.
— Bo są lepsze niż kasztany — odpowiedział.
Orr klęczał w namiocie na ziemi. Pracując bez wytchnienia rozbierał kranik, układał starannie wszystkie drobniutkie części, liczył je i bez końca badał każdą z osobna, jakby nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego, a potem składał malutkie urządzenie z powrotem i znowu zaczynał od początku, nie tracąc cierpliwości ani zainteresowania, nie wykazując najmniejszych oznak zmęczenia, nie zdradzając niczym, że kiedykolwiek skończy. Yossarian patrzył na to jego majsterkowanie i czuł rosnącą pewność, że jeżeli Orr natychmiast nie przestanie, będzie musiał go z zimną krwią zamordować. Jego spojrzenie powędrowało w stronę kordelasa, który nieboszczyk w dniu swego przybycia zawiesił na ramie moskitiery. Nóż wisiał obok pustej kabury nieboszczyka, z której Havermeyer ukradł rewolwer.
— Jak nie było dzikich jabłek — mówił dalej Orr — używałem kasztanów. Kasztany są prawie tej samej wielkości co dzikie jabłka, a kształt mają nawet lepszy, chociaż kształt nie gra tu żadnej roli.
— Pytałem cię, dlaczego chodziłeś z dzikimi jabłkami w ustach — powtórzył Yossarian. — O to pytałem.
— Bo mają lepszy kształt niż kasztany — odpowiedział Orr. — Już ci to mówiłem.
— Dlaczego — zaklął Yossarian z podziwem — w ogóle wypychałeś sobie czymkolwiek policzki, ty diabelski, technicznie uzdolniony, wydziedziczony skurwysynu?
— Wcale nie wypychałem sobie policzków czymkolwiek — odpowiedział Orr — tylko dzikimi jabłkami. A kiedy nie było dzikich jabłek, używałem kasztanów. Do wypychania policzków oczywiście.
Zachichotał. Yossarian postanowił nie odzywać się więcej. Orr czekał, ale Yossarian go przetrzymał.
— Po jednym z każdej strony — powiedział Orr.
— Po co?
Orr natychmiast chwycił go w swoje szpony.
— Co po co? — spytał.
Yossarian roześmiał się i potrząsając głową odmawiał odpowiedzi.
— Ciekawa historia z tym zaworem — zastanawiał się na głos Orr.
— Dlaczego? — spytał Yossarian.
— Bo chciałem mieć… Yossarian już się domyślał.
— Jezu Chryste! Ale dlaczego chciałeś mieć…
— …policzki jak jabłuszka.
— …policzki jak jabłuszka? — spytał Yossarian.
— Chciałem mieć policzki jak jabłuszka — powtórzył Orr. — Od dziecka marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś policzki jak jabłuszka, i postanowiłem pracować, dopóki nie osiągnę swojego celu, i Bóg mi świadkiem, że nie spocząłem, dopóki nie osiągnąłem swojego celu, chodząc po całych dniach z dzikimi jabłkami w ustach. Po jednym z każdej strony — dodał chichocząc.
— Ale dlaczego chciałeś mieć policzki jak jabłuszka?
— Wcale nie chciałem mieć policzków jak jabłuszka — powiedział Orr. — Chciałem mieć pucołowate policzki. Nie zależało mi specjalnie na kolorze, chciałem tylko, żeby były pucołowate. Pracowałem nad tym jak ci zwariowani faceci, o których się czasem czyta, że po całych dniach ściskają w dłoni gumową piłeczkę, żeby sobie wzmocnić rękę. Prawdę mówiąc, ja też należałem do tych zwariowanych facetów. Też po całych dniach ściskałem gumową piłeczkę w dłoni.
— Po co?
— Co po co?
— Po co ściskałeś po całych dniach gumową piłeczkę?
— Bo gumowe piłeczki… — zaczął Orr.
— …są lepsze niż dzikie jabłka?
Orr parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Robiłem to, żeby zachować twarz, w razie gdyby ktoś mnie przyłapał na tym, że noszę dzikie jabłka w ustach. Mając gumową piłeczkę w dłoni mógłbym wyprzeć się dzikich jabłek w ustach. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego trzymam dzikie jabłka w ustach, mogłem po prostu otworzyć dłoń i pokazać, że trzymam gumową piłeczkę, a nie dzikie jabłka, i nie w ustach, tylko w dłoni. Pomysł był dobry, ale nie wiedziałem, czy ludzie coś z tego rozumieją, bo niełatwo jest coś wytłumaczyć, kiedy się mówi z dzikimi jabłkami w ustach.
Yossarian stwierdził, że on też nie bardzo rozumie, i zastanawiał się, czy Orr nadymając te swoje policzki jak jabłuszka nie robi z niego balona.
W tej sytuacji Yossarian postanowił nie odzywać się już ani słowem.